Tadeusz Ostaszewski napisał „Kuźnię…” w 1972 roku. Jest to pierwsza z sześciu części cyklu z porucznikiem MO Tomaszem Rajskim. Ostatnia powieść z tej serii została napisana w 1988 roku.
Tytuł wydrukowano na okładce książki w ten sposób, że słowo „Szatana” pisane jest małą literą. Jest to błąd, gdyż Szatan to pseudonim bandyty występującego w książce, a kuźnia to jego banda. Zatem nie chodzi o diabła, ale o konkretnego człowieka i jego szajkę. W opisie na tylnej okładce tytuł jest już napisany wielką literą.

Porucznik Tomasz Rajski zostaje wezwany do leśniczówki na Mazurach, gdyż w starej nieczynnej studni znaleziono szkielet człowieka, który kiedyś bynajmniej sam się w tej studni nie położył. Razem z kapitanem Karolem Bodo po nitce do kłębka odkrywają, że zamieszany w to może być Szatan, znany, legendarny bandzior. Problemem jest tylko to, że nie wiedzą jak on wygląda i gdzie jest. Jedynie Bodo miał z nim niemiłą styczność po wojnie, więc może go rozpoznać. Zaczyna się szeroko zakrojona akcja, aby go dorwać.

Przyjemny kryminał, ciekawie wymyślony, można polubić bohaterów, ale nie obyło się bez propagandy. Szatan to oczywiście bandyta, czyli „żołnierz wyklęty”, który ze swoją szajką (drużyną) grasował po lasach po wojnie napadając na ludzi i posterunki MO. Teraz jest znanym kryminalistą. No cóż, jeżeli się to przełknie, a nie ma tego za wiele, jest radość z lektury.

Ale tak naprawdę najlepsza jest w tej książce okładka. Uważam, że jest genialna w swojej prostocie, a jednocześnie wielowymiarowości. W opisie można znaleźć informację, że opracował graficznie Wiesław Wałkuski.

Szatańska Obelga, piwo w stylu belgian golden strong ale z Browar na Jurze z Zawiercia. Alk. 10% obj., ekstraktu nie podano. Styl piwny nazywany belgijskim „diabłem”. Charakteryzuje się tym, że jest mocne, ale niezwykle pijalne i tym samym zdradliwe. Tyle procent alkoholu to nie w kij pierdział. Na etykiecie napisali, że takie dobre, że aż chce się wziąć kolejny łyk, ale z tym należy uważać. Znaczy, mam się obłożyć materacami? No, dobrze. Pachnie całkiem przyjemnie; słodem, trochę takim świeżym chlebem, słodkim mango i trochę alkoholem. Kolor zloty, piękna piana.
Rozgrzewa przełyk, ale w smaku bardzo dobre. Czuć słodowość, czyli jest słodkie, ale nie mulące, delikatna goryczka rozchodzi się po języku, gładkie, ułożone, alkoholu nie czuć, oprócz grzania w przełyku. Fajne piwo. Mieli rację z tym na etykiecie – aż chce się wziąć kolejny łyk. Prawdziwa klasa w tym stylu.

Więcej znajdą Państwo na Dzikiej Bandzie.

Podziel się: