„Wiatraki” to pierwszy tom Trylogii pomorskiej, w której autor wraca do swoich wypróbowanych bohaterów z Trylogii grobiańskiej, czyli krakowskich policjantów: Andrzeja Krzyckiego i Lucjana Bałysia.

Bardzo ciepło wspominam grobiańską, bo uwielbiam tych dwóch różnych od siebie jak ogień i woda kolesi. Mimo tego, że praktycznie żyją w innych światach, praca w dochodzeniówce robi z nich jeden organizm; sprawny, ale lekko schizofreniczny. Najbardziej charakterystyczny duet w polskim kryminale. Nie ma dialogu między nimi, z którego nie leciałyby iskry na pół kuźni. Potrafią mnie rozbawić, a nie jest to wbrew pozorom łatwa sztuka w kryminale. Udaje się tylko najlepszym.

„Wiatraki” nie odbiegają wiele od tego, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić czytając wcześniejsze książki Krzysztofa A. Zajasa. Pióro tego autora to pod względem literackim najwyższa liga. Słowa się go słuchają jak psiaki dobrego pana. Czyta się jak by się było na łódce dryfującej po spokojnej falującej wodzie. Łatwość wyrażania emocji, opisy, dialogi rozprowadzone jak akcje Xaviego Hernándeza na Mundialu w RPA, to tutaj norma.

Małe miasteczko na Pomorzu. Społeczność hermetyczna, wiele patologii, a jednocześnie każdy każdego zna, władza skorumpowana, uzależniona od czynników zewnętrznych. W to wszystko wkraczają krakowscy policjanci i nagle zaczyna się w tym szczelnym kotle gotować, ciśnienie powiększać i tylko patrzeć jak wszystko wypieprzy w kosmos. Niezbyt pasuje to lokalnym bossom.

Krzysztof A. Zajas świetnie poradził sobie z nakreśleniem tła powieści. Społeczność małomiasteczkowa jest różnorodna i bogata. Trudno wyrwać od kogokolwiek tajemnicę, o której wszyscy wiedzą, ale boją się zdradzać obcym. Pomorze to teren, z którego po wojnie została wysiedlona ludność niemiecka. Autor również nakreśla ten fakt jako bardzo istotny dla mentalności jego mieszkańców i aktualnych wydarzeń. To co się wiązało z wysiedleniem często nie należało do przyjemnych ani dla niemieckich wysiedleńców ani dla polskich osiedleńców. Trauma tamtych przeżyć do dziś żyje w jednych i drugich, a autor świetnie to wkomponował w powieść przemycając wciąż żywą historię tych ziem.

Akcja prowadzona jest spokojnie i rozkręca się coraz bardziej gdy zbliżamy się do końca. Ale autor nie przynudza, bo co i rusz pakuje swoich bohaterów w niezłe kabały, z których chyba tylko ich niemal nadprzyrodzone moce potrafią uwolnić. Szybki jak błyskawica Bałyś i szaleńczo metodyczny Krzycki wyprawiają cuda, których James Bond by się nie powstydził.

Poza tym Krzysztof A. Zajas chyba nie byłby sobą, gdyby nie okrasił tego wszystkiego elementem grozy, niepokoju, jakiejś namacalnej tajemniczości, zemsty z zaświatów. Oczywiście mówię tu tylko o aurze często towarzyszącej opowiadanej historii. Te wiatraki są jak jakieś olbrzymie, mroczne i tajemnicze twory, które nie odpoczywają nawet kiedy wszystko już śpi, górują nad mieszkańcami, ich cień i wyraźny jednostajny szept są jak złowieszcza modlitwa, lub zaklęcie nie zwiastujące nic dobrego. Są jak nawiedzone domy, bo żyją naturą, odżywiają się wiatrem, nigdy nie wiadomo co się stanie, kiedy dojdzie z nimi do kontaktu. A kiedy znalezione zostaje ciało człowieka przytwierdzone do skrzydła wiatraka, tym bardziej groza staje się namacalna. Nawet Krzyckiemu – pragmatyście pojawia się gęsia skórka.

Bardzo dobry kryminał. Świetna rozrywka o wielu barwach. Czekam na drugi tom.

Łódź i Młyn nie pasuje może do pomorskich wiatraków, ale to było jedyne piwo z wiatrakiem na etykiecie, wiec nie mogłem mu się oprzeć.
Piwo z kooperacji Brouwerij de Molen i Browar Piwoteka. Poniżej nazwy piwa stoi: jesienna jarzębina i moc ciemnego słodu.
Piwo w stylu russian imperial stout, ekstrakt 29,7% wag., a alkoholu, uwaga, 13,8% obj. Piwo mocarne i czarne jak krew demona. Termin ważności 3 lata. Niepasteryzowane. Wszystkie diodki na maksa.
Pachnie trochę spalonymi kablami, palonością i karmelem. Piwo gęste, oleiste, grzeje w przełyk, ale bez dominującej nuty alkoholowej. Goryczka ogromna, trochę czekolady, ale paloność w czołówce.
Piłem je już kiedyś 2 lata temu, wtedy alkohol bardziej wychodził na wierzch.
Pojawiły się lekkie nuty wytrawnego wina, pralinek, kawy.
Bardzo dobre.

Oczywiście powyższe wzięte z Dzikiej Bandy gdzie jeszcze, rzecz przedziwna, więcej się rozpisałem.

Podziel się: