Zapewne nigdy bym tej książki nie przeczytał, gdyby nie wyzwanie czytelnicze, w którym zgodziłem się wziąć udział. Skusiły mnie w nim niebanalne, intrygujące lektury, niespieszne czytanie oraz przekonanie, że różnorodność jest zdrowa; czasami warto sięgnąć ręką dalej w bok, żeby rozruszać stawy.

Powieść ta wzięła mnie swoim urokiem. To znaczy, jest napisana językiem dyskretnym i ułożonym jak panna młoda przeglądająca się w lustrze przed ślubem. A jednocześnie jej styl jest wyrazisty, wymowny i wsiąka w czytelnika jak woda w piasek. Potrafi z taką samą mocą wzruszyć, rozbawić czy przestraszyć. Przy tym nie ma tam za grosz banału, uproszczeń lub jakiejś nuty pretensjonalności wywołującej tanie wzruszenia. Gdyby tak było rzuciłbym ją w kąt od razu. Kiedyś próbowałem przebrnąć przez „Słowika” Kristin Hannah i to była porażka na całej linii. Tutaj tak nie jest.

Herbjørg Wassmo wzięła się za pokazanie historii swoich przodków na przykładzie swojej matki, babki i prababki. Punktem wyjścia były dziwne zbiegi okoliczności, które zainspirowały autorkę do przemyśleń. Jej córka odkryła coś intrygującego, a mianowicie, że do jednego z obrazów w katedrze Lofockiej w Kabelvåg modelką dla malarza malującego anioła była niejaka Sara Susanne Krog, jak się okazało prababka autorki, zwykła kobieta, prowadząca razem z mężem w XIX wieku gospodarstwo na północy kraju. Jak się to stało, że do tego doszło? Potem odkrywa, że prababka jest dokładnie o sto lat od niej starsza, a urodziła się w tym samym dniu, co jej syn.

Powstała książka, która na przestrzeni stu lat pod pretekstem próby wskrzeszenia przodków pokazuje nam wiele płaszczyzn związanych z historią, obyczajowością, życiem codziennym, ale co najistotniejsze – życiem wewnętrznym kobiet. Autorka przywołując do literackiego bytu swoje bohaterki stwarza je na nowo, buduje je na podstawie wspomnień, ale również wyobrażeń i domysłów. Bo czym jest pełna prawda historii? Czy ludzka myśl, której nie można mieć pod kontrolą jest pozbawiona prawdy? A nasze czyny, czy są bardziej prawdziwe, bo z pozoru można je kontrolować? Mogą być kompletnie fałszywe w stosunku do tego, co czujemy i myślimy? W jakim stopniu możemy poznać człowieka tylko na podstawie tego, jak go odbieramy?

To są bardzo ciekawe pytania. Dlatego Wassmo miała trudne, ale niezwykle interesujące zadanie, aby wejść w głowy swoich bohaterek i próbować opisać je jako coś więcej niż wycinki z papieru znalezione w starej szufladzie. Poznajemy ich pragnienia, obawy, miłości, wartości. To wszystko gra taką przedziwną norweską melodią, bo surowy klimat tłumi gwałtowność uczuć, ale to nie znaczy, że one tam w środku nie wybuchają.

 „Stulecie” to książka wielowątkowa, szeroka, ze szczegółowym tłem obyczajowym i historycznym oraz pięknymi opisami przyrody. Jednocześnie mądra, frapująca i trochę smutna opowieść. Stawia kobiety w środku huraganu zdarzeń i emocji, z którymi często muszą same sobie dawać radę. Raz się to udaje, innym razem nie. Ale ich walka z życiem jest nieustanna. Tylko że prawdziwą zwyciężczynią nie zawsze jest ta, której udało się wygrać z losem, ale też ta, która musiała pogodzić się z przegraną.  Gdzieś musiało być miejsce na sprawy nieodwracalne. Utarło się powiedzenie, że kobiety to słaba płeć. Nic z tych rzeczy. Widać to tym bardziej, kiedy przenosimy się w czasie.  

Zdanie wytrych do tej książki:
Moja babcia Elida pierwsza uzmysłowiła mi, że to zupełnie naturalne, iż człowiek, bez względu na płeć i sytuację życiową, tęskni do czegoś innego. Gdzieś daleko. Rozumiem, że ktoś taki jak ja może również podobnie czuć. Być może nie mówiąc tego głośno, daje mi sygnał, że tak zwany instynkt macierzyński nie musi być uczuciem bezwarunkowym. Że nieludzkie byłoby oczekiwanie tego od kogokolwiek. Myślę, że dzięki niej pojmuję, iż tęsknota za wolnością i miłością może być silniejsza niż instynkt macierzyński.
Przy czym należy zauważyć, że jej prababka miała, bodajże, jedenaścioro dzieci, a jej babka chyba ośmioro. Siła kobiety – ogarnięte sprawy doczesne, a jednocześnie chęć spełnienia swoich pragnień.

Co do tego wspomnianego smutku; przez książkę przewija się cały czas cień wydarzeń z dzieciństwa, które miały wpływ na ukształtowanie autorki. Cień, który nigdy nie został wypowiedziany i wytłumaczony przez nikogo z jej najbliższego otoczenia, z którym musiała sama sobie dać radę.

Na koniec, autorka uświadomiła mi m. in. to, że w latach dwudziestych XX wieku Lapończycy byli dyskryminowani przez Szwedów i Norwegów i poddawani nieludzkim badaniom i represjom. Traktowani byli jako podludzie i praktycznie zniszczono ich kulturę.
Sprawa wyglądała tak, że pewien człowiek w Kristianii [Oslo] nazwiskiem Schreider dostał pieniądze od parlamentu, żeby prowadzić zapiski dotyczące budowy ciała Lapończyków (…) Peder opowiedział Fredrikowi, że jego rodaków zmuszano nawet do rozbierania się i pokazywania ciała. Matkę Pedera złapano pewnego dnia po zejściu z gór. Nie pozwolono jej oporządzić się ani wypocząć i musiała natychmiast poddać się pomiarom i oględzinom. Najpierw próbowali ją do tego nakłonić, więc podarowali jej kilka szklanych koralików w papierowej tutce. Kiedy odmówiła przyjęcia błyskotek, a zamiast tego zaczęła ich bić i płakać, to po prostu wprowadzili ją do domku siłą, a tam zbadali i zmierzyli, tak jak chcieli.
Resztę doczytałem  w necie. Zgroza.

Piwo Lulu Mango Hefeweizen uwarzone w Szczyżyckim Browarze Cystersów „Gryf”. Piwo pszeniczne z dodatkiem pulpy z mango.
W zapachu to jeden wielki banan – świeży, dojrzały, obrany ze skórki. W smaku słodko, mandarynkowo, landrynkowo. Czuć leciutką goryczkę na brzegach języka, która ładnie komponuję się z tą słodkością. Piwo gładkie, lekko wodniste, z małym ciałem, ale orzeźwiające i pijalne. Całkiem spoko.   

Podziel się: