Z cyklu książki bez piwa. Bo ponoć tak czasami też można.

To nieco ponad 3 godziny słuchania głosu niezrównanego Marcina Popczyńskiego w produkcji Audioteki. Czyli króciutka książeczka na jeden wieczór. Króciutka, ale ile w niej treści.

Przed lekturą nie za wiele wiedziałem o tej książce. Wiedziałem jedynie, że Marcin Wicha dostał za nią nagrodę Nike 2018. Autora najbardziej znałem jako pisarza dla dzieci, ponieważ moja kiedyś dziesięcioletnia córka zaczytywała się w jego „Klara. Proszę tego nie czytać” i „Klara. Słowo na „Szy”” (na portalu Lubimy Czytać w profilu autora jest jego zdjęcie zrobione przeze mnie podczas podpisywanie „Klary” mojej córce http://lubimyczytac.pl/autor/58921/marcin-wicha ).

Potem był mi znany jako rysownik, a na końcu kojarzyłem jego osobę z nieprzeczytanej przeze mnie książki „Jak przestałem kochać design”.

„Rzeczy…” to jest taka kropla wyciszenia i zadumy w morzu zgiełku. To, jak Marcin Wicha przedstawił swoje refleksje wokół śmierci swojej mamy i jak oddał swój nastrój i przemyślenia w tej książce bardzo mnie ujęło. Niby nic tam nie ma; skrawki opowieści i wspomnień, urywki zdarzeń, strzępki rozmów, refleksie i spostrzeżenia wczesnych sytuacji, które nagle teraz nabierają prawdziwego znaczenia – wydawałoby się prawdziwy groch z kapustą – ale robi się z tego piękny obrazek uczuć . A punktem wyjścia są rzeczy pozostawione przez mamę autora, zwłaszcza książki. 
No pięknie to wyszło.

Dzika Banda wessała więcej słów.

Podziel się: