Pierwszy raz z próbą pisarstwa Hanki V. Mody zetknąłem się w antologii opowiadań „Nikomu się nie śniło” (Czwarta Strona, 2017). Było tam jej opowiadanie „Sztuka chodzenia po linie”, które wywarło na mnie duże wrażenie, ponieważ niezwykle oddawało czytelnikowi emocje. Wcześniej z piórem tej autorki można było się spotkać w antologiach opowiadań „Lato moralnego niepokoju” (Ad Rem, 2013) i „Autostop(y)” (Tagore, 2015). Z tych tytułów opowiadania „NIEwinność” i  „Między stopami” znalazły się i tutaj, w omawianym zbiorze.

W „Chciałbym…” zawartych jest 19 opowiadań. Jedne są dłuższe inne krótsze, a jeszcze inne wręcz oznaczone jako miniatura. Łączą je dwie rzeczy: to że są nie tylko erotyczne oraz to, że są świetne.

Już samo motto-wiersz uderza czymś niekonwencjonalnym. Czymś brutalnym, bezpośrednim, ale jednocześnie intymnym, przyzwalającym, zmysłowym. Bierze nas za rączkę i wprowadza z zaciekawieniem w świat książki.

Znamienna w tych opowiadaniach jest rozbudzona potrzeba wyjścia nad krawędź naszych zmysłowości, czasami siedząca głęboko, a czasami będąca jedyną drogą pragnień. Potrzeba jakże typowo ludzka; aby sięgnąć dalej, aby się rozejrzeć, rozbudzić ciekawość, poczuć dreszcz otchłani, zobaczyć co się stanie. Motyw z włącznikami z tytułowego opowiadania, które istnieją tylko po to aby je włączyć – w punkt. Tacy w większości są bohaterowie tych opowiadań; szukają, jeżeli odnajdują to coś, zatracają się w tym, poddają, uzależniają od tego, potem przejmują nad tym kontrolę wciąż szukając. Kieruje nimi to, czego nie da się wytłumaczyć, coś w nich nieznanego, zaskakującego, ciekawego.  

Opowiadania te są odbiciem ludzkich zmysłowości i namiętności.

Jedne są niemal pisane słońcem, romantyczną chwilą oderwania się od rzeczywistości, pełne symboli – ten uciekający drogą koń z zerwanym łańcuchem w „NIEwinnności”. Delikatne, ale i niepokojące, jak ujęty kłębek niewypowiedzianych uczuć tęsknoty za ukochanym – czarny ptak rozsiada się na moim sercu („Nienasycenie”). Rewelacyjnie przedstawione sytuacje erotyczne, ale bez zbliżenia fizycznego; flirt, podteksty, sytuacje dwuznaczne, w których niby nic się nie dzieje a falochron aż trzeszczy od wzbierającego przypływu. Bardzo zróżnicowane, w różnych nieschematycznych sytuacjach, zaskakujące nie tylko dla czytelnika, ale i dla samych bohaterów opowieści  („Kolejny dzień”, „Miedzy stopami”, „Ona”)

Inne opowiadania są niemal przeciwieństwem  powyższego. Pełne seksu, mocne, śmiałe, dosadne, odważne i bez filtra. Potrafiące wywołać rumieńce u czytelnika jak u nastolatka („Dziewczynka”, „Trzy miesiące”). Niemal przeciwieństwem, bo niepozbawione ciekawego kontekstu pożądania rodzącego się jak bicz z piasku.

Są też i takie, które są odbiciem motta. Czyli dużo pozornej sprzeczności: w szacunku z jakim ją pieprzył i w czułości z jaką powtarzał „moja suka”. Potrzeby erotyczne, które nie są dla wszystkich oczywiste, póki nie zostaną wybudzone i uwolnione. Wówczas stają się pragnieniem, czymś zwyczajnym jak przytulenie, jak chleb i woda każdego związku („Przytul mnie”, „Miłość”). Lecz cały wic polega na tym wybudzaniu. Czasami tym wyzwalaczem będzie określona sytuacja, a czasami druga osoba.

Michalina Wisłocka w „Sztuce kochania” pisała, że pornografia to mięso, a erotyka to ciało. Tutaj mamy erotykę najwyższej próby. Ciało przedstawione jest tu jak instrument muzyczny oddający muzykę pragnień i namiętności. Nie cała sztuka w tym, aby na nim zagrać, ale jeszcze go wcześniej trzeba dobrze nastroić. Autorka udowodniła, że potrafi to oddać u swoich bohaterów poprzez niebanalność wymyślanych sytuacji, ale również literackość tego nastrajania i grania słowem na instrumencie ciała. Hanka V. Mody ma pióro, które potrafi pokazać czytelnikowi moc uczuć w nieszablonowy sposób, często prawie poetycki, gdzieniegdzie naturalistyczny, raz w pierwszej osobie, raz z boku, z perspektywy kobiety, z perspektywy mężczyzny. Świetnie się to czyta, bo widać szacunek dla czytającego.  Poza tym to są bardzo ciekawe, zajmująco opowiedziane historie. Często będące skończoną całością, niekiedy fragmentem, jakby początkiem rodzącej się dłuższej opowieści, a czasami miniaturą, migawką określonej sytuacji lub uczucia. Całość kończy opowiadanie „Lustro”, które z erotyką ma wspólny tylko dreszczyk, w tym przypadku lekkiej grozy wywołanej przenikaniem się rzeczywistości i wyobrażeń. (Opowiadanie w swoim nastroju jakby żywcem wyjęte z antologii „Nikomu się nie śniło”).

„Chciałbym, żebyś mnie napisała” to opowiadania o miłości i o tym jak wiele twarzy może mieć to uczucie; od bezdusznego chemicznego wzoru C8H11N ją określającego, poprzez delikatną zmysłowość, oddanie, pragnienie aż do pasji, ciągłego nienasycenia, niemal zwierzęcego pożądania. Autorce udało się stworzyć tymi opowiadaniami aurę pragnień bliskości drugiego człowieka, które rodzą się w nas często nieoczekiwanie wywołując nie tylko pożądanie i namiętność same w sobie, ale coś co jeszcze jest w nas nieznanego, co potrafi obudzić się i przejąć kontrolę. I to jest fascynujące.  

Hard Bride z Alebrowaru to american barley wine. Na etykiecie wita nas taka oto morska opowieść: Najpierw zaczął dukać coś o pogodzie, a potem znienacka przeszedł do kwestii intercyzy. Wzięłam ostatni łyk solidnego amerykańskiego barley wine, zaszłam go od tyłu, wbiłam zęby głęboko w szyję i wyssałam, co moje”. Nie ma lekko.
Ale co my tu mamy? Zapach tego piwa to słodkie owoce, mango, pomarańcza, a także pierniki, karmel z wyraźną nutą chmielową. Bardzo przyjemny barleywinowy zapach.
W smaku jazda bez trzymanki. Potężna goryczka (110 IBU!) na przemian z intensywną słodowością. Rewelacja. Trochę grzeje w przełyk, ale wina jęczmienne tak mają.
Złożone, pełne, o pięknym ciele; jest co poczuć na języku.

Podziel się: