Książka ciekawa, czyta się ją dosyć szybko i płynnie, napisana jest bez większych mielizn, potknięć, czy objawionych prawd. Czytając, mimochodem porównywałem pióro pana Wojtka z piórem jego starszego brata Zygmunta. „Kastor” to na razie jedyna książka tego pierwszego, którą przeczytałem (jakoś mnie nie ciągnęło do jego wcześniejszych political fiction), natomiast Zygmunta Miłoszewskiego przeczytałem wszystkie (te kryminalne). Ogólnie styl mają podobny, ale u Zygmunta zdecydowanie więcej jest kąśliwego humoru. U Wojtka idzie wszystko prosto od linijki; poważnie, dosadnie, jeżeli humor, to taki policyjny; męski, gruby, jednym do śmiechu innym w pięty. U Zygmunta było więcej szaleństwa; tam czasami małe dygresyjki kręciły piruety z czytającym. No, ale to, że takiego odczucia nie miałem w „Kastorze” wcale nie umniejsza tej książce. Na plus Wojtkowi Miłoszewskiemu dałbym dialogi. Są tak rozpisane, jakby ich autor brał lekcje u samego mistrza Marcina Wrońskiego.

Książka może nie wciska w fotel, ale pozwala nam się na nim wygodnie ułożyć przenosząc w czasie i dając solidną porcję rozrywki, tajemnicy i grozy. Prawie jak na fotelu u wesołego, dorabiającego na emeryturze dentysty.

Oczywiście co, jak i dlaczego z tym tytułowym Kastorem znajdą Państwo na Dzikiej Bandzie. Rozpisałem się tam jak jaki gupi.

O piwie też tam jest, ale oprócz fajnej etykiety i kapsla to nuda, panie.

Podziel się: