Wbrew pozorom, piw, które na etykiecie mają wizerunek wilka jest naprawdę sporo. Jednak to piwo z Browaru Kormoran czekało od dawna na specjalną okazję. Porter Warmiński w stylu porteru bałtyckiego przestał u mnie w szafce prawie rok. Data ważności skończyła się z dniem 15.09.2017, czyli wlalem je do pokala 3 miesiące po dacie przydatnosci do spożycia. Oczywiście to, że jest już dawno po dacie ważności, nie jest moim niedopatrzeniem, tylko działaniem rozmyślnym. Portery leżakowane nawet po kilka lat po dacie ważności to normalna rzecz. Nabierają one wówczas głębi smaku. Raczej rzadko się zdarza żeby się popsuły.

Trzy miesiące to żadne leżakowanie, ale skoro nadażyła się okazja w postaci „Grimm City. Wilk!” nie było na co z tym piwem czekać, zwłaszcza że już od dawna na myśl o nim ślinka mi ciekła bardziej niż pierwszemu lepszemu wilkowi na widok sarniego tyłeczka.

Po otwarciu zapach z butelki mnie trochę oszołomił: wanilia, likier wiśniowy i suszona śliwka. Po przelaniu do szkła w aromacie można było dodatkowo wyczuć paloność, karmel, trufle… No dużo tam się działo. Piana dosyć szybko znikła. No i proszę sobie wyobrazić te same odczucia w smaku; piękna sprawa. Czuć pełnię i gładkość tego piwa kiedy przelewa się przez gardło delikatnie jak cichy górski potok w dolinie między wygładzonymi kamieniami.

Alkohol leciutko wyczuwalny (9% obj.), ale jest bardzo głęboko schowany i tylko łechce nas delikatnie w przełyk uruchamiając mruczenie jak u kota, kiedy pańcia muska go po futerku pod gardełkiem.

Piwo bardzo dobre. Cena bardzo przystępna. Jak za taka cenę bije na głowy niektóre portery bałtyckie ustawione na wyższych półkach.

 

Przejdźmy do smakowania książki, ponieważ wrażenia mam równie dobre. „Grimm City. Wilk!” to bardzo dobry kryminał! Dałem wykrzyknik, bo przecież ten Pisarz nie kojarzy się z kryminałami. Nic jeszcze nie czytałem Jakuba Ćwieka i chciałem od czegoś zacząć, sprawdzić jego pióro pod którym kątem jest zaostrzone. Przed tegorocznymi Warszawskimi Targami Książki zobaczyłem, że będzie gościł na stoisku Wydawnictwa SQN i pomyślałem, że lepszej okazji do zaznajomienia się z jego twórczością nie potrzebuję. Z oferty SQN wpadła mi w oko czarna posępna okładka, a że dodatkowo stało na niej, iż jest to „gorzki, brutalny kryminał noir”, to już mnie mieli. Książkę zakupiłem, z Autorem się spotkałem; spodobała mu się moja koszulka z Andrzejem Bursą, potwierdził, że jeżeli zaczynam poznawać jego twórczość, to ta książka to dobry start. Dostałem dedykację, zrobiłem zdjęcie:

No i tyle. Teraz pozostało tylko zacząć czytać. Więc zacząłem.

I wsiąkłem. Pisałem już? To jest naprawdę bardzo dobry kryminał. Dodatkowo, jego sceneria jest tak wymyślona, że nie jest ona tylko przystawką do opowieści, tłem, czy nawet drugoplanową postacią. Jest pełnoprawnym głównym bohaterem. Oczywiście tą scenerią jest miasto Grimm City. Miasto, którego mrok to drugie imię. Według legendy zostało wybudowane w miejscu, gdzie spoczywa ciało niegdyś pokonanego olbrzyma. To co z niego pozostało, to wydobywana spod miasta ropa – krew i węgiel – ciało. Truchło olbrzyma napędza metropolię, ale również ją zabija. Sadza i pył z wykopalisk osiada na budynkach, ubraniach, sercach. Deszcz, który powinien to obmywać momentalnie staje się tłusty. Raz na kwartał zdarza się efekt, tzw. pierdnięcie olbrzyma, kiedy podziemne gazy czarne od sadzy muszą być pod kontrolą wydobyte nad miasto i przewiane poza jego granice. Wówczas dzień robi się czarny od pyłu jak mrok, który można kroić tasakiem, a pozostanie na ulicach grozi śmiercią. Miasto ma dzielnice nazywane częściami ciała olbrzyma, np. Podgardle, Pępek, czy, podajże, Lewe Jajo.

W takim oto przyjemnym miejscu od pewnego czasu zabijani są taksówkarze razem z przewożonymi pasażerami, którymi są notable z półświatka. Na pierwszy rzut oka jest to walka gangów, albo wejście nowego gracza na mafijnym rynku. Policja przygląda się temu, ale raczej kręci się w miejscu. W tym samym czasie w swoim domu zostaje zamordowany funkcjonariusz policji: Wolf. A to już się raczej strażnikom prawa nie spodoba. Jednak zabójstwo Wolfa, to dopiero wstępne nawoływanie się watahy.

Całość książki to 3 dni śledztwa. 3 dni życia ludzi związanych ze śledztwem i 3 dni życia miasta. Nie ma tu jednej głównej postaci, bo, tak jak wspomniałem, główną rolę gra miasto. Natomiast pozostali bohaterowie to:

Alfie Moore – muzyk wplątany w morderstwo Wolfa,

McShane – badający sprawę agent NS w szlachetnej służbie brata Jego Królewskiej Mości,

Evans – prowadzący śledztwo komisarz Policji,

Eugene Dragosavlij – gruby mafioso, od którego Wolf wynajmował mieszkanie,

Mort – Kamerdyner Dragosavlija, cichy jak mysz, sprytny jak lis i skuteczny jak cyjanek,

Palla Di Neve – dziennikarka.

Autor tak uknuł intrygę i tak powiązał relację wszystkich bohaterów, że grają oni równoprawne role, a akcja przenosi się z miejsca na miejsce za nimi podążając.

Powieść, jak dla mnie, rewelacyjna. Mroczny, męski świat, twardzi mężczyźni i przebiegłe kobiety. Przenosząc czas akcji na rzeczywiste realia, byłby to okres lat 30. XX wieku, czyli wtedy, kiedy czarny kryminał święcił triumfy. Bezpardonowe policyjno-gangsterskie gierki. Brak sentymentów, korupcja i wisielczy czarny humor.

Jakub Ćwiek oddał tą książką hołd czarnym mistrzom. Wplątał w tę książkę różne smaczki. Np. scena kiedy kamerdyner Mort, podczas imprezy w willi Dragosavlija, wychodzi na zewnątrz na ulicę do zaparkowanego samochodu, w którym prowadzi obserwację willi inspektor Evans, aby go przegonić, to piękne nawiązanie do sceny z Ojca Chrzestnego, kiedy podczas ślubu córki Vita Corleone Sonny też wypadł na ulicę przeganiać tajniaków w samochodach.

Innym ciekawym zabiegiem jest opisywana religia. Odpowiednikiem Boga jest Bajarz, odpowiednikiem biblii są jego baśnie, opowieści. Przyznam, że do końca nie rozkminiłem o co dokładnie w tej religii chodzi, ale ponoć każdy pisze swoją opowieść, świat jest opowieścią, miasto jest opowieścią, miasto Grimm, opowieści braci Grimm… no, świetne.

Zawiła intryga, policyjne akcje nie mające wiele wspólnego z pracą policji. Brutalność i korupcja tamże. Toż to esencja policyjnego światka Jamesa Ellroya z kwartetu Los Angeles.

Mrok, zepsucie i dzikość miasta, dzielnice, do których strach się zapuszczać, to skojarzenie z Cin City.

Czasami tak się zdarza, że hołd mistrzom przeradza się w bezproduktywne ściąganie i kalkę, ale tutaj tak nie jest. Jakub Ćwiek filtruje czarny kryminał i klimaty noir poprzez swoje pisarstwo i pomysły i robi to tak, że całość jest naprawdę świeża. Wymyślone miasto i świat nie gryzie się z realiami.

Przyznam, że miałem niezłą radochę z czytania, jednocześnie kiwając z uznaniem głową. Nie ma lipy, nie ma uproszczeń i dróg na skróty, jest prawdziwa rzetelność. Bardzo świeża formuła kryminału noir dla tych, którzy potrafią docenić autorski ukłon dla mistrzów, a jednocześnie dać się porwać rewelacyjnej i pasjonując ej intrydze i wciągnąć w wymyślony świat. Dla tych, którzy nie boją się przy okazji odkryć czegoś więcej niż ramy gatunku.

Książka stanowi pierwszą część z cyklu. Wątki doraźne mamy rozwiązane, parę spraw się wyjaśnia, ale kto tak naprawdę pociąga za sznurki i co dalej czeka agenta, komisarza, muzyka i dziennikarkę dowiem się zapewne w drugiej części „Grimm City. Bestie”, za którą już niebawem się zabiorę.

Podziel się: