To pierwsza książka Jakuba Żulczyka, którą przeczytałem. Moja przygoda z nią miała dziwny smak. Trochę kwaśny, cierpki, ale w ten sposób, że nie można przestać, aby kolejnych zdań nie posmakować; piecze w język, ale jak już przestaje, to czegoś brakuje. Książka bezkompromisowa i nie patyczkująca się z czytelnikiem. Zaczyna się prologiem ostrym i brudnym jak wykałaczka woźnego, potem przechodzi w szorstki romans, małomiasteczkową obyczajówkę, a kończy jak rasowy thriller. Z braku lepszych pomysłów powiem, że to jest taka „Zbrodnia i kara” dzisiejszych czasów.

Jakub Żulczyk wpuszcza nas w kanał niełatwych relacji rodziny Głowackich w prowincjonalnym polskim miasteczku o nazwie Zybork. Mamy parę głównych bohaterów Mikołaja i Justynę, którzy uciekli z Warszawy, aby przeczekać trudny okres bez pracy w domu u rodziny ojca Mikołaja – Tomasza. Tam od razu wpadają w ostry wir relacji rodzinnych: Mikołaj – ojciec Tomasz – brat Grzegorz – żona Justyna – macocha Agata i bratowa Kamila. Ich wzajemne relacje są tak chore i popieprzone, że aż fascynujące. Od razu powiem, że książki tej słuchałem jako audiobooka w rewelacyjnym wykonaniu Jakuba Wieczorka. Podczas słuchania momentami musiałem szukać mojej szczęki na podłodze. Momentu, kiedy była żona Grześka przyjeżdża aby przy całej rodzinie rzucić mu pod nogi papiery rozwodowe i sądowy zakaz kontaktu z dziećmi, słuchałem jak bym tam był między nimi. Wrzaski i „kurwy” na całą wieś, groza, beznadziejność i wręcz jakaś patologia i zezwierzęcenie tej sceny tak mi się udzieliła, że musiałem zrobić parę głębszych oddechów, aby nie kwiknąć.

Ale to byłby pikuś, gdyby książka sprowadzała się do samych relacji rodzinnych. Oprócz tego familia Głowackich zaplątana jest w opozycje do mafijnej polityki samorządowej miasteczka. Chcą zorganizować referendum aby obalić panią burmistrz, za co ich dom i samochód zastają podpalone. Mało tego. Dostajemy całą retrospekcję tragicznych wydarzeń, jakie spotkały Mikołaja i jego pierwszą dziewczynę Darię 17 lat temu. Daria wtedy, świeżo po kłótni z Mikołajem została w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zgwałcona i zamordowana. Zdarzenie to wisi nad całą rodziną do dzisiaj, ba, wisi nad całym miastem jak jakiś obrzmiały wrzód, który przysłania słońce i którego nikt nie chce rozciąć, aby nie narobić jeszcze większego gówna.

To jeszcze nie koniec. Z miasteczka zaczynają powoli znikać pewne osoby. Jedna z nich odnajduje się umierająca w lesie z resztkami ludzkiego mięsa w zębach…

Powyższe, to wierzchołek góry lodowej tego, co się dzieje w tej książce. Żulczyk stworzył tak obezwładniająco gęsty, lepki i mroczny i piwniczny świat, że w przerwie między czytaniem zaleca się solarium. Z każdej strony bije głęboki, przygnębiający, wręcz obezwładniający smutek. Poza tym książka pisana jest językiem takim, jakim posługują się opisywani bohaterowie. Czyli ordynarnie. Tam nie ma gładkich słówek i kulturalnych konwersacji. Nie ma dialogu, żeby rynsztok w relacji bohaterów nie dał o sobie znać. Syf, kiła i mogiła, panie. Tak ich stworzył Autor.

Ale jest jeszcze coś w tej całej beznadziejności w rodzinnych relacjach między nimi, w tym miotaniu się aby jakoś się zrozumieć, porozumieć, aby do czegoś dojść. Coś, co w jakiś sposób odsłania to światełko, że mimo wszystko jesteśmy złożonym organizmem. Czyli miłość. Zwykła rodzinna miłość, która szorstka i udręczona jak bity i poniżany pies istnieje i siedzi w każdym z nich. Ta miłość, wbrew pozorom, nimi kieruje i nie daje im się pozabijać. Ta miłość, która każe im ufać tylko sobie i siebie nawzajem chronić.

Jednak z Żulczykiem nie ma tak łatwo. Tu nic nie jest takie proste. Ocenę tej miłości, jej owoców Pisarz pozostawia czytelnikowi. Otwiera przed nami księgę, wskazuje palcem i mówi: tu, widzisz, ta rodzina, którą opisuję to my wszyscy i każdy z osobna, te motywy postępowania, chociaż porąbane i poskręcane, są nasze, ludzkie, co ty byś zrobił na ich miejscu?

Książka, która zapada w pamięć i raczej nie pozostawia obojętnym. Proszę jej nie postrzegać jako tylko kryminału, czy thrillera. Tak jak kryminałem nie była „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego.

Jest parę minusów. Choćby dłużyzny i kilka, moich zdaniem, niepotrzebnych retrospekcji, np. tej sprzed wojny. Ale siła pisarstwa Żulczyka nie pozwalała mi odłożyć tej książki. Język jakim on pisze jest sam w sobie czymś wyróżniającym. Może przyciągać, ale może i odstręczać. Mnie przyciągnął swą złożonością i brudem, a jednocześnie jakąś poetyckością i głębią. Literacki świat stworzony przez Żulczyka jest pełen szczegółów, zadziorów, poskręcań, czarnych dziur, ślepych uliczek, ale wydaje w się w tym wszystkim pełny i skończony. W pewnym momencie zacząłem zwracać uwagę jak on opisuje zapachy miejsc odwiedzanych przez głównych bohaterów. Każde miejsce u Żulczyka ma swój złożony zapach, który Autor oddaje wręcz po mistrzowsku. Wiele jest takich smaczków, które w oderwaniu od głównej opowieści wydają się zupełnie niepotrzebne, ale mnie przyciągały, uzupełniały całą powieść i kiedy akcja siadała nie pozwalały się nudzić.

 

Smak cierpki i wytrawny ma również to piwo. Przed Państwem: Never Mind English IPA Here’s No Future! Z Browaru Birbant. Nawiązanie do klasyki punka, bardzo proszę, brud w rocku – brud w literaturze, bardzo proszę, piękne trupie czaszunie, bardzo proszę. Moim zdaniem bardzo dobre piwo. IPA na samych angielskich chmielach. Goryczka w normie – 55 IBU, alkohol – 6,2% obj. w ogóle nie wyczuwalny. Piwo bardzo dobrze ułożone, wyraziste, z charakterem. I ta kwaskowość… ona robi robotę. Smaczne do samego końca.

Podziel się: