Katarzyna Bonda na okładce „Aorty” napisała: „Mamy wreszcie naszego Marlowe’a”. Aż tak daleko w porównaniach bym się nie posunął, aczkolwiek zadziorne pisarstwo Bartosza Szczygielskiego jest bliskie temu co wyprawiał Chandler.

I to mnie najbardziej ujęło w tej książce.

Wbrew pozorom narracja Bartosza Szczygielskiego nie jest zbyt łatwa w odbiorze. Nie jest to sienkiewiczowska proza, gdzie płynność i plastyczność języka łapie czytelnika za nos i ciągnie za sobą jak ogłupiałe wołu. Język pana Bartosza jest często chropowaty, skrótowy i momentami niejednoznaczny. Ponadto przeskoki między odrębnymi miejscami akcji są zaznaczone wierszem odstępu między ostatnim zdaniem jednej sceny i pierwszym zdaniem drugiej sceny. Autor wprowadził taki zabieg, że zdania te traktują o czymś zupełnie innym, ale na pierwszy rzut oka są o tym samym. I jeżeli kolejna scena zaczyna się na następnej stronie, to nie od razu można się zorientować, że już czytamy o czym innym. (Taki sam zabieg zastosował Tomasz Sekielski w „Zapachu suszy”.) Jest to ciekawa zabawa z czytelnikiem, ale czasami potrafi wybić z rytmu jak cholera.

Jednak owa chropowatość języka ma swoją wartość, ponieważ tym bardziej uwidacznia się twardość i moc tej prozy. Nie ma tu nic z infantylności i pretensjonalności debiutanta. Autor wszedł po raz pierwszy na scenę i nawet buraka nie strzelił. Dialogi są elektryzujące, małomiasteczkowość okrutna i brudna, a z opisu postaci i miejsc Chandler wychyla głowę i podnosi kciuk do góry. Pełna profeska, a przy tym luz.

Rzecz dzieje się w Pruszkowie. W swoim mieszkaniu w bloku zostaje znaleziona zastrzelona Marta Zręb. Do rozwikłania tej sprawy zostaje przydzielony komisarz Gabriel Byś z Komendy Stołecznej jako pomoc dla policji pruszkowskiej. Razem z Januszem Pilszem i Moniką Ruszką z miejscowego komisariatu będą próbowali rozwikłać zagadkę tego morderstwa.

Jednocześnie z prowadzonym śledztwem akcja przebija się w inne rejony, gdzie główną postacią jest tam Katarzyna Sokół, prostytutka na usługach mafii, a dla niektórych „Matka Teresa Onanistów”. Te dwa równoległe plany niebawem się zejdą.

Gabriel Byś nie jest ani Marlowem, ani Holmsem. No dobra, może trochę Harrym Holem. Ma za sobą spektakularne porażki w pracy policji (tę sprawę traktuje jako nadzieję na przywrócenie dobrego imienia), ciężkie relacje z ojcem (a, to Wallander), kochającą, fochliwą i piękną żonę Alicję oraz chroniczny ból kręgosłupa, który pozwala mu faszerować się tramalem w tajemnicy przed żoną. „Między lekomanem a narkomanem stoi tylko farmaceuta”. Nie jest jakimś twardzielem, czasami zachowuje się jak złośliwy dzieciak, ale stając przed ciężkimi wyborami potrafi ocenić sytuację i szybko działać.  Jego postać rozkręca się wolno z dnia na dzień (bo książka podzielona jest na 7 rozdziałów – dni), czego nie można powiedzieć o Kaśce – od razu dostajemy twardą, wyrazistą, zadziorną, ale i tajemniczą babkę. Byś jednak pod koniec nabiera rumieńców; na początku traktował śledztwo tylko jako pryszcz, który trzeba wycisnąć szybko i spektakularnie, aby nie wracać zbyt późno do żony, i aby odzyskać honor policjanta utracony w przeszłości, ale potem tak się w nie osobiście angażuje, że nawet zapomina się myć i chodzi śmierdzący i zarośnięty jak kloszard.

W ogóle Bartosz Szczygielski każdą z postaci drugoplanowych obdarza ciekawym rysem. Mało powiedziane – rytem. Informatyk Robert, niepełnosprawna starsza kobieta Joanna, opiekująca się nią Halina, mafioso Dzierga, policjantka Monika i wiele innych. Każdy ma coś w sobie, każdy jest swój, od razu można wyczuć niejednoznaczność i głębię postaci; nie ma się uczucia jakiejś kalki, sztampy, rekwizytu do wypowiadanych formułek. W tym temacie robota jest zrobiona nad wyraz pierwszorzędnie.

Akcja nie jest tu jakoś spektakularnie szybka. Na początku detektywi rozglądają się raczej bezradnie wokół siebie przyciskając kogo się da z informatorów, żeby złapać jakiś punkt zaczepienia. Ale później nabiera tempa i jedzie do końca ruchem jednostajnie przyspieszonym, aż do spektakularnego finału. Finał jest taki, że bez kontynuacji zginiemy.

Intryga bardzo ciekawie ułożona. Ale tym, czym mnie Autor w niej ujął było to, że wkręcił w nią zagadki logiczne. Odnalezione tajemnicze grafy w notatniku denatki tworzą pewien klucz, do rozwiązania którego trzeba się trochę nagłówkować. Matematyka matką nauk. Święte słowa.

Rekapitulując, jak często mawia Kuba Strzyczkowski w Trojce, „Aorta” to bardzo dobra książka napisana z chandlerowskim nerwem, czyli gorzko, sarkastycznie i z mnóstwem niebanalnych metafor.  Wszystko to przefiltrowane przez świeżość debiutanta i jego błyskotliwy zmysł obserwacyjny ludzi.

Ciekawe jak dobra będzie „Krew”? Rozbudziłem sobie apetyt.

Na koniec kilka cytatów, jako dowód tegoż.

 

„Nie widział w dziewczynie zagrożenia innego niż opryszczka”

„Rajcowało ją chodzenie boso; nawet w zimie, kiedy na podłodze można było studzić wódkę”

„Gabriel swoją pocztę założył w czasach, kiedy z siecią łączono się przez modem (…) Psy sąsiada uciekały ze skowytem, słysząc jak próbował się zalogować.”

„Z komendy zabrał (…) dokumenty i ułożył je na kuchennym stole. Nie wziął wszystkiego (…) Targanie tony makulatury zostawił sobie na szczęśliwe lata emerytury, kiedy ciągnąc zardzewiały wózek, będzie przemierzał ulice miasta. Gabriel nie był optymistą.”

(Moje ulubione) – „W szafie stało orujo, hiszpański odpowiednik winiaku. Ci bardziej inteligentni, którzy nie trzymali w szafie gotowych do użycia krawatów, ale za każdym razem wiązali je od nowa, nazywali napój brandy.”

 

„Gabriel wszedł do kuchni. Przyłożył dłoń do stojącego na kuchence czajnika, z którego płatami odchodziła emalia.

-Zimny i pusty. Jak całe mieszkanie.  – Za taką kwestię powinien dostać posadę tekściarza w Comie”

 

„Na ścianach wisiały zdjęcia komendanta wręczającego ordery policjantom, odbierającego odznaczenie z rąk jakiegoś polityka, w towarzystwie przedszkolaków, emerytów i czegoś, co wyglądało jak owczarek niemiecki po chemioterapii”.

„Janusz prowadził Gabriela po meandrach komisariatu, dopóki nie zatrzymali się przed masywnymi drzwiami. Obite sztuczną skórą w kolorze starej czekolady, przypominały o minionej epoce i modzie na wąsy.”

„Dłoń prokuratora w dotyku przypominała źle wyfiletowaną rybę z łuskami ostrymi jak popękane szkło”

„Gdyby Byś liczył, ile razy mówiono mu te same zdania dawno skończyłyby mu się pola w excelu”

 

No i na koniec ostatni fragment. Naświetlę kontekst: Kaśka (prostytutka) w poniższym fragmencie odzyskuje przytomność po brutalnym, zbiorowym gwałcie na jej osobie w jej domu. Spodziewała się tego, postarała się wcześniej o zamontowanie kamery. Nie jest lalunią.

Połączenie w tym fragmencie mocy i groteski jest błyskiem geniuszu.

„Na początku myślała, że to skarpetki, zostawione przez klienta. Skupiła wzrok, jeszcze niesprawny na tyle, by działać jak należy. Siedem. Siedem kondomów. Licząc rozciągnięte na podłodze flaczki, czuła się jak Liczyhrabia z Ulicy Sezamkowej. Fioletowy wampir z wadą wymowy, który pewnie zemdlałby, widząc ilość krwi w sypialni. Powinna jeszcze śmiać się w charakterystyczny sposób, ale bolące wargi skutecznie to uniemożliwiały. Coś ich jednak łączyło: oboje mieli kiedyś w tyłku męską dłoń.”

 

Facjata nie koronka, a propos okładki. Piwo z Piwoteki – Limonka Hooligans – to APA z dużą ilością limonki. Orzeźwiające i goryczkowo kwaśne piwo. Bardzo dobre.

 

Borze, alem się nagadał. Kto cię słucha? Babka głucha. Dobranoc Państwu.

Podziel się: