Mam sentyment do tej książki. Klasyka nad klasykami powieści wojenno – szpiegowsko – sensacyjnej. Podobnie jak w kultowych „Działach Nawarony” – grupka komandosów ma do wykonania zadanie zdawałoby się samobójcze i beznadziejne. Ale połączenie charakterów, determinacji i niezłomności może zdziałać cuda. Kwintesencja emocji i przygody. Na takiej zasadzie oparta jest przecież największa książkowa przygoda, czyli „Władca Pierścieni”.

Kiedy pierwszy raz czytałem tę książkę, czyli 27 lat temu – mając 15 lat – to czytanie nie było czytaniem, lecz niemal celebracją. MacLean stał się moim idolem i zgromadziłem chyba wszystkie jego książki, które wtedy się ukazywały. Wydania większości były wręcz tragicznie kiczowate; to wydanie Iskier na tle pozostałych jest rewelacyjne. Ale takie były czasy. Ważne żeby biło w oczy. To mi zresztą zupełnie nie przeszkadzało. Nie było wyboru, a i tak liczyła się treść.

Dzisiaj inaczej odbieram jego książki. Siłą rzeczy pryzmat wielu innych przeczytanych lektur rzuca trochę inne światło na powieści MacLeana. W ramach cyklu odświeżania po latach kultowych książek sensacyjnych  przeczytałem tegoż Autora „HMS Ulisses”, wspomniane „Działa Nawarony”, „Noc bez brzasku” i teraz „ Tylko dla orłów”. Z tych książek najgorzej wspominam „Noc bez brzasku”, bo za diabła nie mogłem uwierzyć w nic co Autor nawymyślał. Natomiast pozostałe, to jego sztandarowe powieści. Najbardziej wybija się w nich heroizm ludzi postawionych w trudnych sytuacjach. „HMS Ulisses” niemal nim skapywał po burcie i wylewał się między stronami. (Musiałem sobie robić przerwy, aby się razem z książką wysuszyć sarkazmem i cynizmem przypominając sobie fragmenty książek Chandlera.) Za dużo go było. W „Działach…” było go troszkę mniej, ale był odczuwalny, jednak mi nie przeszkadzał. Natomiast tutaj – w „Tylko dla orłów” – jest go jeszcze mniej. Autor nawet pozwala sobie na dialogi, w których humor żołnierzy nie jest od razu gaszony przez dowódcę.

Historia próby ratowania angielskiego generała Carnaby  z rąk niemieckiego gestapo przez komandosów byłaby sztampową historyjką, lecz dzięki temu, że przetrzymywany generał jest w niedostępnej górskiej twierdzy Schloss Adler – Orlim Zamku – opowieść od samego początku jest intrygująca. Żeby tam w ogóle się zbliżyć grupka wybranych żołnierzy musi lądować na spadochronach  nocą w górskich, zimowych warunkach. Na dzień dobry jeden z nich tego nie przeżywa. Ale czy na pewno jego śmierć jest wynikiem wypadku? Szef całej wyprawy  -major Smith – podejrzewa, że niekoniecznie…

Perypetie, aby dostać się do Orlego Zamku to majstersztyk. Ucieczki, gonitwy, zdrady, zdrady zdrad, przebieranki, zwroty akcji to wszystko czyta się zapominając wypuścić powietrze z zapartego tchu.

Tak jak wspomniałem pisarstwo Alistaira MacLeana jest specyficzne. Honor, odwaga, heroizm jest tutaj wpleciony w poczynania bohaterów. W dzisiejszych czasach wydaje się to trochę niewiarygodne. Teraźniejsze książki i filmy przyzwyczaiły nas do bardziej realistycznego postrzegania wojennego okresu; w akcjach wojennych liczył się przede wszystkim cel. Tutaj tak nie ma. Jest taka scena, kiedy powodzenie akcji wisi na włosku, wszystko się pali, nasi bohaterowie uciekają z pożaru, a major Smith zostawia swoich i wraca się jeszcze w pożar, bo przypomniał sobie, że niedaleko ognia zostawił związanego żołnierza niemieckiego. Wrócił się zatem i go przeniósł w bezpieczne miejsce. Dopiero potem wszyscy kontynuowali ucieczkę. Piękne, ale nierealne. Naraził całą akcję, żeby ratować wroga. Ponadto w tej książce główni bohaterowie nie zabijają. Wszyscy żołnierze niemieccy są unieszkodliwiani i krępowani. Nie pada żaden strzał, który raniłby śmiertelnie Niemca. Owszem Niemcy giną w pożarze, w wybuchu, po walce lądują w przepaści, ale nie są zabijani bezpośrednio. Nierealne. W takiej ryzykownej akcji wroga się unieszkodliwia przecież od razu, zwłaszcza kiedy ma się pistolet z tłumikiem, albo nóż, kto by ryzykował ogłuszanie i wiązanie? I jeszcze Niemcy: potrafią docenić przebiegłość i morale naszych komandosów. Wściekają się, ale oddają honor sprytowi wroga.

Bardzo to wszystko romantyczne jest i wzruszające, ale w dzisiejszych czasach trudno w to uwierzyć. Wojna jest bezwzględnym potworem, a nie zabawą żołnierzy w morale i heroizm.

Jednak, kiedy weźmie się na to poprawkę, wejdzie się w konwencję, którą sobie Autor wymyślił, to książkę połyka się jednym tchem. Przygoda jest przygodą. A MacLean w tym przypadku uraczył nas naprawdę twardą, męską prozą. Oprócz tej, moim zdaniem zbędnej, nutki romantyczności  wszystko mi się podobało. Absolutnie nie żałuję czasu spędzonego przy tej lekturze. Poczułem się jak bym był w środku akcji, trzymałem kciuki za naszych orłów i jak 27 lat temu delektowałem się przygodą.

Co ciekawe film o tym samym tytule, do którego scenariusz również napisał Alistair MacLean, jest inny w tej wymowie żołnierskiego romantyzmu . Tam Clint Eastwood rozwala hitlerowców z karabinu maszynowego i nawet szlachtuje nożem. Nie ma przeproś. Tam gdzie w książce Niemcy byli kneblowani i krępowani – w filmie rozwalani są na miejscu. Ten sam autor, a konwencja inna. Ciekawe.

 

Piwo White IPA w stylu white IPA z Browaru Przystanek Tleń z Borów Tucholskich swoją goryczką ścięło mi język w zaostrzony kołek. Uwielbiam taką mocną goryczkę. W sam raz na powolne, wieczorne smakowanie do lektury.

Podziel się: