W tym roku na wiosnę oglądałem wywiad z Mikołajem Golachowskim w magazynie internetowym „Nogaś na stronie” i nie zapomnę, kiedy pan Mikołaj opowiadał Michałowi Nogasiowi o tym, że od zawsze woli zimę od lata, zimno od upałów, że teraz rozmawiając potrafi na odległość wyczuć ciepło, które Michał Nogaś wytwarza, i że przez większość młodości myślał, że to każdy człowiek potrafi.

O Mikołaju Golachowskim pierwszy raz usłyszałem jeszcze wcześniej – w Trójce w zeszłym roku. Również redaktor Nogaś prowadził audycję, w której prezentował właśnie tę książkę i przeprowadzał wywiad z panem Mikołajem. Zapaliła mi się wtedy lampka w mózgu i pomyślałem, co za ciekawy gość.

Byłem pewien, że muszę przeczytać jego książkę.

Tak się złożyło, że będąc w tym roku na Warszawskich Targach Książki pan Mikołaj również tam był i kupując „Czochrałem…” mogłem się z nim spotkać i otrzymać dedykację.

Czy potrzeba czegoś więcej, aby w końcu wziąć się za czytanie? Oczywiście. Piwa.

Piwo wybrałem ze zwierzołkiem – jelonkiem o nazwie Idaho w stylu american pale ale z Browaru Deer Bear. Lekkie, smaczne piwo. Bez fajerwerków, ale wchodzi przyjemnie.

 

Czasami czytam zachłannie. Nie wiem od czego to zależy, bo przecież nierzadko bardzo dobre książki połykam w całości, ale nie o każdej mogę powiedzieć, że czytałem ją zachłannie. Może charakteryzuje się to tym, że pamiętam wówczas z tych książek bardzo dużo i potrafię znaleźć bez problemu dany fragment? Nie zostaje tylko we mnie wrażenie, że książka była świetna, ale mam ją klarownie ułożoną w głowie i mogę być z niej przepytywany na lekcji, kiedy mi się przyśni szkolny koszmar. A może jest to związane z tym, że mocno identyfikuję się z autorem?

No i tak było tym razem. Wszystko w tej opowieści wchodziło we mnie jak do swojego domu. Byłem mrowiskiem, a literki z tej książki jak mrówki urządzały sobie we mnie swoje przytulne mieszkanko.

Mikołaj Golachowski opisał tutaj swoją miłość do przyrody, a zwłaszcza do zwierząt. A że fascynują go polarne części naszej planety głownie tam skupia się jego uwaga.

Jako naukowiec spędzał czas na badaniach zwierząt robiąc doktorat w Polsce. Był na Syberii, potem brał udział w wyprawach naukowych do Antarktyki gdzie przebywał kilka razy w Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arctowskiego; najpierw jako uczestnik naukowy, a potem jako kierownik tych wypraw. Następnie załapał się na przewodnika polarnego i pływał na statkach z turystami po Arktyce i po Antarktyce.

Cała książka to jego opowieści o zwierzakach i przyrodzie, które poznał i którą zwiedził w dotychczasowym swoim życiu. I jest to opowieść niezwykła, ponieważ zaraża pasją. Pan Mikołaj umiłował Arktykę i Antarktykę. Opisując swoje wyprawy niemal naznacza czytelnika swoją miłością do tych krain.

Postrzeganie świata Mikołaja Golachowskiego jest przebogate. Trudno mi to wyrazić, jak zawsze, kiedy niemal identyfikuję się z Autorem, ponieważ we wszystkim o czym pisze odnajduję tam siebie. Autor nie skupia się jedynie na zwierzętach. Pisze również o ludziach („ludzi generalnie lubię, to z ludzkością mam na pieńku”) i historii odwiedzanych miejsc. Poznajemy historię wypraw arktycznych i antarktycznych, pionierów wypraw polarnych, poznajemy historię ludów pierwotnych zamieszkujących Arktykę. Oprócz tego są barwne opowieści przygód Autora. Często zabawne – pękałem ze śmiechu, kiedy opisywał problem wyjścia „na stronę” z warunkach polarnych –  a niekiedy nawet strasznych – kiedy wpadł w szczelinę lodowcową. Mikołaj Golachowski nie przemilcza spraw niewygodnych, kiedy opisuje ignorancję w sprawach ocieplenia klimatu; destrukcyjne i bezmyślne działanie ludzi niszczące środowisko, np. wielorybnictwo; hobbystyczne zabijanie zwierząt zwane myślistwem; uprzedzenia rasistowskie; ale też i niestosowne zachowania towarzyszy w bazie Arctowskiego. W opisywanych historiach można zauważyć duży dystans Autora do samego siebie, jego wrażliwość, szerokie pojmowanie otaczającego nas świata i umiłowanie trunków wszelakich, zwłaszcza w dobrym towarzystwie.

Wszystko opisane lekkim i wciągającym językiem, wzbogacone dużą ilością zdjęć daje efekt mnóstwa wrażeń.  Ale stwierdziłem też inny aspekt odbioru tej książki. Nie wiem jak go nazwać. Ponieważ mądrość tej książki w postrzeganiu świata i ludzi jest też moją mądrością; przynajmniej staram się, żeby taka była. Odebrałem ją bardzo osobiście, bo nie chodziło tylko o czytanie ciekawostek, ale o relację człowieka, który ma swoje poglądy na otaczającą rzeczywistość, swoje subiektywne odczucia w opisywaniu przyrody, swój komentarz co do opisywanych historii, itp. I wszystko to było zbieżne z moimi odczuciami.

Wszystko to co napisałem jest zupełnie nieskładne. Ale tak jest kiedy książka pisana od serca trafia prosto w serce (jak już było górnolotnie, to i tak jadę dalej). Jej prawdziwa siła właśnie stąd się bierze; szczerość, pasja, humor oraz, po prostu, miłość Autora do przyrody, a zwłaszcza do polarnych krańców naszej Ziemi daje tej książce takiego kopa, że ciężko się od niej oderwać.

I jeszcze fragment na zakończenie:

„Słońce zachodzi niesamowicie długo i świat przybiera złoto-różowe barwy. Na tym tle intensywnie niebieskie góry lodowe aż przytłaczają swoim pięknem. To, co robią na granatowym morzu, określa się chyba jako majestatyczne sunięcie – dla mnie są jak klejnoty rzucone na bezcenną osnowę Wszechświata. Przegięcie z tą urodą świata. Muszę się napić.”

Takoż i ja zrobię. Zdrowie Autora!

Podziel się: