Przygryzam dolną wargę, bo nie wiem jak zacząć. Nie wiem jak zacząć, bo właściwie nie wiem jak opowiedzieć o tej książce. Nie wiem jak opowiedzieć o tej książce, bo brak jest w niej jakiegoś ukierunkowanego ciężaru. O czym ona jest? Czy niesie za sobą jakieś przesłanie? Jakie jest clou tej opowieści? Hm…

Może zacznę w ten sposób: Ta książka w wersji audiobooka, którą czytał Maciej Stuhr wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zdarzają się takie książki, których się nie zapomina chociażby tylko dlatego, że zawierają jakiś jeden fragment, który porusza do głębi, lub wyłącza z rzeczywistego świata, trzymając nasze emocje za lejce i nimi kierując bez naszej wiedzy. Takie momenty w książkach uwielbiam. I tutaj był taki fragment. Kiedy go słuchałem Szczepan Twardoch robił ze mną co chciał. Dawno nie doznałem takich emocji. Autentycznie przeżyłem chwilę grozy. I chociażby za ten moment Autorowi i Maciejowi Stuhrowi należy się owacja na stojąco, bo, jestem o tym przekonany, w wykonaniu tego drugiego wybrzmiał jeszcze mocniej.  Ale o tym fragmencie jeszcze wspomnę na końcu.

Ogólnie w książce zagrało wiele rzeczy. Samo to, że czytał tę książkę Maciej Stuhr wyniosło ją w inny wymiar. Facet zrobił to tak profesjonalne, że to jest jeden z najlepszych audiobooków jakie kiedykolwiek wysłuchałem. Jego interpretacja tej książki była mistrzowska. Oczywiście nawet mistrzowska interpretacja słabej książki niewiele jej pomoże. W tym przypadku tak nie było, bo powieść dawała się ponieść Stuhrowi i pływał w niej jak Litani po warszawskich ulicach.

Kto jest głównym bohaterem? Niby wiedziałem, a niby nie wiedziałem. Autor tak poprowadził narrację, że od samego początku lampka mi się świeciła, że ten co opowiada, to nie ten. A może mi się to wszystko tak wydawało? Może tak naprawdę to nie ten opowiadał, który nie wiedział, że to on opowiada? Może to opowiadał zupełnie kto inny?

O czym jest opowieść? Trudno powiedzieć jednoznacznie. Książka opowiada o mafii w Warszawie lat trzydziestych. Mafii żydowskiej, która swoimi wpływami rządzi żydowską części Warszawy. Ale chyba ważniejsi są tam ludzie i ta opowieść jest o ludziach. A może nie o ludziach, może mi się tak tylko wydawało, może ta opowieść poprzez ludzi wskazywała bardziej szeroki temat, czyli społeczeństwo warszawskie? ONR-owski faszyzm w pełni rozkwitu, niedoszły zamach stanu, polski obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej, żydowskie getta ławkowe na uczelniach. Ale też mecze bokserskie, nadzieja dla Żydów w powstającej Palestynie, przyjazny burdel u Rywki. Może to opowieść o tamtejszej Warszawie? O tamtejszej Polsce? Nie wiem. Najpierw wydawało mi się, że nie, że nie o tym, a potem, że może jednak tak? Nie wiem.

Co jest istotą tej opowieści? Najpierw myślałem, ze to opowieść o umieraniu. Potem pomyślałem, że o życiu. Potem już niczego nie byłem pewien. Może jest to opowieść o życiu mimo wszystko, a może o bezsensie życia? A może najważniejsze w tym wszystkim to życie chwilą, nawet kiedy zaraz miałoby się wszystko stracić? A może właśnie chodzi o to, aby refleksja o tym ustrzegła innych przed takim życiem dla chwili? Nie wiem.

A teraz o tym co wiem. Wiem, że to pierwsza książka Szczepana Twardocha jaką przeczytałem. Rozwaliła mnie. Uważam, że jest rewelacyjna. Nie wiem o czym konkretnie jest, ale sama suma emocji, która się przeze mnie przelała wystarczy do stwierdzenia, że jest rewelacyjna. Nie wiem czym konkretnie do mnie przemówiła, ale raz szeptała mi do ucha czule, a raz wrzeszczała opluwając mnie śliną. Nie wiem co we mnie zostawiła, ale chce tego jeszcze.

Napisałem na początku, że zagrało tu wiele rzeczy. Jest tak jak w filmie „Chłopcy z ferajny”. Super przedstawiona epoka, świat gangsterski, problemy głównych bohaterów, tło społeczne…, nie ma jakiejś, jak ktoś ładnie powiedział, ideowej nadbudowy. Jest to opowieść bez wyraźnego morału pierwszorzędnie opowiedziana.

A więc, jak powiedziałem, tę książkę będę pamiętał, chociażby dla jednego fragmentu. No dobrze, ale co to był za fragment, który mnie tak rozwalił?

Nie powiem.

 

Czy mogło być inne piwo niż The Fighter z Brokreacji? Absolutely not.  To imperial IPA, które zaskoczyło mnie swoją mocą (8,9%), ale zupełnie nie wyczuwalną w smaku. Bardzo dobre piwo. Etykieta jest po prostu wspaniała. Nie mogło być innego piwa do tej książki.

Podziel się: