Książkę przeczytałem półtora miesiąca temu na czytniku w formacie pdf. Ale od kilku dni mam od wydawnictwa wersję papierową, więc mogłem sobie odświeżyć wrażenia.

Była Szwecja, była Norwegia, była Dania, ale nigdy nie czytałem kryminału z Finlandii i byłem bardzo ciekawy w czym rzecz. Nastawiłem się na „nordic noir” no i faktycznie mogę powiedzieć, że jest to typowy, rasowy kryminał skandynawski. Czyli wątek społeczny jest tu również ważny co wątek kryminalny, a wszystko w scenerii zimowej deprechy i krwi na śniegu.

Zagadki się mnożą, atmosfera robi się coraz gęstsza, jak coraz gęstsza para w ichniej saunie. Pokazana jest powolna, żmudna policyjna robota i policjanci, którzy mają swoje powolne i żmudne życie. Nie ma tutaj nic z romantycznego etosu detektywa.
A w tym główna bohaterka policjantka Anna Fekete, samotna introwertyczka, która uwielbia biegać na nartach po zamarzniętej tafli morza i, co ważne, dawna imigrantka z Jugosławii. Ważne, bo właśnie sprawa uchodźców jest tu drugim obok śledztwa równoważnym wątkiem. No i w tym temacie jedynie drobne moje zastrzeżenia. Dlatego, że temat ten jest pokazany, z jednej strony bardzo rzetelnie i z wielu perspektyw, ale z drugiej strony zbyt moralizatorsko i łopatologicznie; często miałem wrażenie, że autorka się powtarza. Jednak nie można jej odmówić prawdziwie świetnej roboty w tym, że objęła ten temat całościowo i naprawdę z głową.

Jednak nie tylko nasza Anna jest tutaj w centrum wydarzeń. Na drugim, ale niezbyt dalekim planie jest jej starszy kolega policjant Esko Niemi. Ma on niewyparzoną gębę, niepoprawnie politycznie poglądy na temat uchodźców i nadaje kolorytu książce. Jego dialogi z panią Fekete aż iskrzą od emocji. Coś między nimi było we wcześniejszej części na ostrzu noża. No właśnie, szkoda, że cykl z Anną Fekete ukazuje się w Polsce od drugiego tomu. Osobiście lubię iść chronologicznie i mieć pełny obraz przeżyć głównych bohaterów. Ale moje utyskiwanie na nic. U nas to już norma, że tomy różnych kryminalnych cyklów ukazują się nie według kolejności pojawiania się ich na świecie, ale według bliżej mi niezidentyfikowanego uznania wydawców.

Ok, daję bardzo dobrą. Nie było ściemy, było skandynawsko do kwadratu, zimno, posępnie, ponuro, a z ludzi wyłaziły zmory. To lubię.

 

Kiedy czytałem tę książkę na czytniku miałem również w ręku Bałtyk Adriatico Porter z Browaru Pinta. Teraz kiedy dotknąłem papieru musiałem również przypomnieć sobie smak tego piwa. Podróż przez Bałtyk do Finlandii bez tego trunku byłby zdecydowanie uboższy w wrażenia.

Acha, jeszcze trzeba zwrócić uwagę na okładkę. Bardzo klimatyczna i estetycznie wkomponowana w treść, moim zdaniem. Przyciąga wzrok i aż chce się wziąć tę książkę w ręce. Brawo.

Podziel się: