„Zła waluta” to przede wszystkim hołd dla czarnego kryminału. Autorka Ewelina Dyda zna ten temat od podszewki i jak sama przyznaje w posłowiu pasjonuje się klimatami noir. W swojej książce umieściła zatem prywatnego detektywa po przejściach, piękną femme fatale z przeszłością, no i jako równoprawnego bohatera – miasto Tarnobrzeg. Wszyscy główni bohaterowie mają na półkach Chandlera, Macdonalda i Hammeta; Jakub Rau, wspomniany detektyw, ma na przedramieniu wytatuowaną statuetkę sokoła maltańskiego; często wspomina Sama Spade’a; ma kubek z wizerunkiem Humphreya Bogarta, a kot Danuty, od której wynajmuje mieszkanie ma na imię Chandler.

zla-waluta-okladka

Lecz, co tu dużo kryć, Tarnobrzeg to nie Los Angeles i trudno w takim małym mieście wejść w pełni w rolę twardego detektywa. Co chwila Kuba Rau spotyka znajomych z dzieciństwa, a znajome starsze panie mierzwią mu włosy z radości na spotkanie. Tak więc nie zawsze jest brany poważnie, ale nie bardzo się tym przejmuje i robi swoje. Rozczuliła mnie sytuacja, kiedy nudząc się sam w domu wlazł pod stolik z przeźroczystym blatem i próbował od spodu zrobić zdjęcie siedzącemu na tym blacie Chandlerowi. Po wielu próbach – a kto próbował zrobić określone zdjęcie kotu wie o czym mówię – w końcu udaje się zrobić idealne ujęcie i zadowolony Kuba zdjęcie wrzuca na fejsa.
Tak więc nasz detektyw – swoją drogą koneser pięknych kobiet i zupełny ignorant w kwestii piwa, które nota bene pochłania w ogromnych ilościach – nie jest na pewno drugim Samem Spadem, czy Philipem Marlowe, ale za to jest sobą i o to właśnie chodziło. Na tyle, na ile pozwalają mu kalifornijskie palmy na tle Tarnobrzega, robi wszystko aby wywiązać się z obowiązku detektywa typu noir. Co prawda nie jest to typowy noir, ale raczej noir w wersji light, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dlatego właśnie największą siłą tej książki jest jej główny bohater. Swój, normalny chłopak.

Jeżeli zaś chodzi o akcję i zagadkę kryminalną, a nie były to nigdy najważniejsze punkty czarnego kryminału, tutaj też nie ma jakichś niebywałych fajerwerków. Akcja toczy się tak jak życie w Tarnobrzegu. Powoli, ale do przodu. Oczywiście jest morderstwo, ale nie ma tu strzelanin, pościgów samochodowych ani porozcinanych trupów na stołach sekcyjnych. Autorka skupia się na małomiasteczkowym społeczeństwie i jego pełnej uprzedzeń reakcji na podejrzanego. Tutaj każdy każdego może kupić, można kupić milczenie, jak też obicie komuś mordy. W końcu jednak następuje rysa i ktoś zaczyna sypać. Widać nie zawsze można każdego kupić, albo to, czym opłacono zależność, to… zła waluta była…
Książka do połknięcia w dwa wieczory.
To chyba wszystko na temat.

Ale nie na temat piwa.

Deep Dark Sea – imperial baltic porter z Browaru Brokreacja to prawdziwie piwo noir. Bardzo dobre, czarne jak myśli mordercy.

Podziel się: